



Sobotni mecz z Widzewem Łódź miał być dla kibiców Lech Poznań kolejną okazją do pokazania swojej słynnej „potęgi wyjazdowej”. I rzeczywiście – coś pokazali. Niestety nie charakter, nie klasę i nie sportowego ducha, lecz spektakl żenady, który rozegrał się w… stadionowych toaletach.
Sobotni mecz z Widzewem Łódź miał być dla kibiców Lech Poznań kolejną okazją do pokazania swojej słynnej „potęgi wyjazdowej”. I rzeczywiście – coś pokazali. Niestety nie charakter, nie klasę i nie sportowego ducha, lecz spektakl żenady, który rozegrał się w… stadionowych toaletach.
Bo gdy na boisku zabrakło argumentów, część poznańskiej delegacji postanowiła poszukać przeciwnika łatwiejszego niż Widzew. Padło na ceramikę sanitarną. Drzwi od kabin, umywalki, spłuczki – oto rywale, z którymi kibole uznali, że wreszcie mają szansę wygrać. Trzeba przyznać: z sedesami radzą sobie wyraźnie lepiej niż z porażką swojej drużyny.
Najbardziej uderza jednak nie sama demolka, tylko jej tragikomiczny wymiar. Dorośli faceci, którzy jeszcze chwilę wcześniej krzyczeli o honorze, dumie i wielkiej tradycji, nagle zachowują się jak banda obrażonych nastolatków demolujących szkolną łazienkę. Trudno o bardziej kompromitujący obraz „kibicowskiej elity”.
Bo nie ma w tym nic groźnego. Jest tylko śmieszność. I politowanie.
Najsmutniejsze – a może najbardziej komiczne – jest to, że w ten sposób kompromitują przede wszystkim siebie i własną dojrzałość. Bo gdy ktoś po porażce odreagowuje, demolując toaletę, to nie wygląda jak twardy chuligan. Wygląda jak ktoś, kto mentalnie nigdy z tej toalety nie wyszedł.
I tak oto legenda wielkich wyjazdów z Poznania znów została sprowadzona do właściwego poziomu. Do poziomu podłogi w stadionowej łazience.